Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

W serwisie:

Biografia    Spektakle    Obsady    Bibliografia

Repertuar    Linki    Kontakt

Thomas Bernhard Kalkwerk

 

„... kiedy Konrad pięć i pół roku temu kupił Kalkwerk, pierwszym nabytkiem był fortepian, który polecił wstawić do swego pokoju na pierwszym piętrze, ale nie z zamiłowania do sztuki, lecz dla uspokojenia nerwów, nadwerężonych trwającą dziesięciolecia pracą myślową...”

 

            Od tych właśnie słów, usłyszanych kilkanaście lat temu na Scenie Kameralnej Starego Teatru, wzięła początek moja największa artystyczna fascynacja – fascynacja zjawiskiem pod nazwą TEATR KRYSTIANA LUPY. Wcześniej, jesienią 1991 roku, jako w miarę oczytana i dość wrażliwa licealistka „bawiąca” się dodatkowo w szkolny teatr, trafiłam na Przegląd Filmów o Sztuce, który odbywał się w zakopiańskim Teatrze Witkacego. Główną nagrodę przyznano wówczas filmowi dokumentującemu próby do spektaklu Malte w reżyserii K. Lupy. To, co zarejestrowano na taśmie, dla dziewczyny z prowincjonalnego miasteczka było autentycznym olśnieniem. W zestawieniu z pseudoreżyserią szkolnych przedstawień (polegającą głównie na zwalczaniu recytacji i zmuszaniu aktorów do poparcia tekstu chociaż minimalnym, jednocześnie sensownym gestem) praca Lupy z aktorem jawiła się jako prawdziwa magia. Do dziś tkwi w mojej pamięci obraz  skupionych w łagodnym świetle lampy postaci badających delikatną materię starych koronek. I  hipnotyzujący głos z pasją opowiadający o tychże koronkach, o ich fakturze, właściwościach... Poczułam nieodpartą potrzebę sprawdzenia, jak fascynująca metoda przekłada się na teatralną praktykę. I tu powróćmy do wspomnianego już Kalkwerku (1992). Jeden z  recenzentów napisał kiedyś, że przedstawienie jest dobre, gdy po wyjściu z teatru nie ma się ochoty tak zwyczajnie wrócić do domu – gdy chce nam się śmiać, płakać, śpiewać, spacerować nocą po mieście, iść się upić. Szczerze powiedziawszy, nie pamiętam drogi powrotnej ze Starowiślnej 21 ; nie byłam w stanie przez dłuższy czas „wyrzucić” z głowy poszczególnych scen, sekwencji, gestów, dźwięków. Wrażenia? Euforia związana z poczuciem uczestnictwa w czymś wspaniałym, wstrząsającym, żywym oraz dojmujący smutek – objaw obcowania ze sceniczną prawdą, prawdą, która boli. Od wspomnianego jesiennego wieczoru ’92 nie opuściłam  żadnego z nowych przedstawień Krystiana Lupy, większość obejrzałam po kilka, a nawet kilkanaście razy ; od nieomal 14 lat moja fascynacja jest wciąż żywa i niesłabnąca. Z tej właśnie fascynacji narodził się  pomysł stworzenia monograficznej strony zbierającej fakty dotyczące twórczości Lupy i recepcji Jego przedstawień oraz varia  powiązane - ściślej lub luźniej – z zasadniczym tematem. Mam nadzieję, że moje Labirynty staną się miejscem spotkań osób, które na własny użytek nazwałam „Lupomaniakami”. Labirynty – nawiązanie do tytułu książki Mistrza; poza tym słowo-klucz, pojęcie nieodparcie kojarzące się z Jego teatrem. Dodam, że teksty w tej chwili udostępnione to jedynie zalążek strony. Dość znaczny materiał (Bibliografia) jest w fazie opracowywania. Myślę, że kilka najbliższych tygodni zadecyduje o ostatecznym kształcie strony. Zapraszam.  

Barbara Krejcza

 

 

Krystian Lupa w TVP Kultura

 

Wiadomość dla miłośników twórczości Krystiana Lupy - w nowej ramówce wiosennej TVP Kultura przewidziano retrospektywę realizacji telewizyjnych spektakli reżysera.

 

                                                                                                                                                           15-02-2009   

 

"Kulturalne Odloty" - plebiscyt Gazety Wyborczej rozstrzygnięty!

 

Krystian Lupa został artystą minionego roku w plebiscycie czytelników Gazety Wyborczej ; za wydarzenie roku głosujący uznali Miesiąc Fotografii w Krakowie, a za miejsce roku - Teatr Nowy. Krystian Lupa (wypowiedź dla krakowskiej GW z dnia 9.02.2009) : "Podoba mi się nazwa "Odloty" - wiąże się z młodością, z nieoficjalną stroną fascynacji sztuką, to nienudny już, oficjalny ranking. W latach 60. odlot był odlotem narkotycznym, teraz znaczy cos innego, sztukę, która tworzy azyl nienależący do naszego zmęczonego życia, miejsce, w którym można znaleźć szczęście. Miło byłoby, gdyby udało się nacechować tą barwą kolejne edycje "Odlotów". Bardzo się cieszę, że "Factory 2" została doceniona przez Czytelników ; nazwa "Odloty" zresztą jest jakby wzięta z Fabryki Warhola... Ucieszyło mnie zwycięstwo Marcina Koszałki (artysta roku - nagroda przyznana przez dział kultury GW - przyp. red.), bardzo interesuje mnie jego twórczość - od pierwszego filmu, tego "skandalu rodzinnego". Tego typu poszukiwania artystyczne, zagarniające rejony pomijane dotąd przez sztukę, zaczynają zwyciężać, a jeszcze parę lat temu były uważane za marginalne. To bardzo interesujące zjawisko i warto takich poszukiwań bronić. i to postrzegam jako pozytywny wydźwięk plebiscytu."

 

                                                                                                                                                          15-02-2009

 

 

ROK 2008 W TEATRACH KRAKOWSKICH - Teatralne naj... naj... naj... - pisze J. Targoń w krakowskiej Gazecie Wyborczej

 

"Jeden spektakl zdystansował wszystkie inne - i to nie tylko na skalę krakowską. I nie tylko w skali jednego roku. To "Factory 2" (Stary Teatr), ośmiogodzinna "zbiorowa fantazja inspirowana twórczością Andy'ego Warhola", dzieło Krystiana Lupy, aktorów i duchów Factory Warhola. Spektakl wykraczający poza teatr - niepokorny, nieprzestrzegający reguł, nieprzewidywalny, anarchiczny. Czy to jeszcze teatr, czy może performance? Czy to role, czy na pół prywatna obecność aktorów na scenie? Czy historia sprzed 40 lat, czy współczesność? Wszystko na raz. Lupa (i jego aktorzy) w najlepszej formie. (...)"

 

                                                                                                                                                          15-02-2009

 

Nagrody Boskiej Komedii dla "Factory 2"

Jury I Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Boska Komedia w składzie: Krystyna Meissner (przewodnicząca), Phillip Arnould, Stefanie Carp, Chul Lee Kim, Loughlin Deegan, Marc Murphy, John Freedman, Carmen Romero, Pavel Rudnev, Mark Russell oraz Iphigenia Taxopoulou przyznało nagrody spektaklowi Lupy w następujących kategoriach:

Grand prix: "Factory 2" w reż. Krystiana Lupy (Stary Teatr w Krakowie) Nagrodę przyznano jako wyraz uznania dla połączenia niezwykłej wizji reżyserskiej, wybitnych innowacji scenograficznych oraz umiejętności aktorskich w uchwyceniu i zgłębieniu znaczenia, istoty oraz metod sztuki.

Najlepsza aktorka: Iwona Bielska za rolę Brigid ("Factory 2") Nagrodę przyznano w uznaniu siły przekazu oraz wielkiej odwagi w stworzeniu postaci emanującej wielkim ciepłem, które uosabiało istotę Brigid Berlin.

Najlepszy aktor: Piotr Skiba za rolę Andy'ego Warhola ("Factory 2") Nagrodę przyznano w uznaniu pełnego wczucia się w ikonę popu, Andy'ego Warhola i równie subtelne co głębokie przedstawienia go.

www.gazeta.pl : Gazeta Wyborcza Kraków, 12 grudnia 2008

                                                                                                                                                          15-02-2009

 

Krystian Lupa laureatem Europejskiej Nagrody Teatralnej.

Wybitny polski reżyser odbierze nagrodę w czasie kwietniowej uroczystości we Wrocławiu. Podczas wczorajszej konferencji prasowej w Rzymie ogłoszono laureatów przyszłorocznej nagrody - najbardziej prestiżowego europejskiego odznaczenia w dziedzinie teatru. Coroczna nagroda ma dwie odsłony - pierwsza przyznawana jest przez międzynarodowe jury od 1986 roku wybitnemu artyście za całokształt twórczości. Otrzymali ją m.in. Peter Brook, Heiner Mueller czy Pina Bausch. Drugą, zapoczątkowaną w 1988 roku pod hasłem "Nowe Teatralne Rzeczywistości", przyznaje grono krytyków europejskich. Jej tegorocznym laureatem jest m.in. Krzysztof Warlikowski. Obu nagrodom patronują Komisja Europejska, Unia Teatrów Europy i Europejska Konwencja Teatralna. "Nowe Teatralne Rzeczywistości" w przyszłym roku otrzyma aż pięciu twórców: włoski reżyser i aktor Pippo Delbono, węgierski reżyser Arpad Schilling, reżyser Francois Tanguy i Theatre du Radeau z Francji, reżyserzy Rodrigo Garcia z Argentyny oraz Guy Cassiers z Belgii. Krystian Lupa otrzyma Europejską Nagrodę Teatralną za całokształt twórczości. W czasie pięciodniowych uroczystości (potrwają od 1 do 5 kwietnia 2009) zakończonych galą laureaci pokażą swoje spektakle, odbędą się także konferencje i spotkania z nimi. Impreza odbędzie się w ramach obchodów Roku Grotowskiego, a jej organizatorem jest Instytut Grotowskiego.

www.gazeta.pl : Gazeta Wyborcza Wrocław, 21 listopada 2008

                                                                                                                                                            15-02-2009

Fotografie Krystiana Lupy w Didaskaliach (nr 87)

 

"Poza kadrem" - o fotografii z Krystianem Lupą rozmawia Joanna Jopek. Tekst wywiadu ilustrowany fotografiami Bzymek, Filozof, filozof, nd eo est, Peron, Pomarańczowe kartki na Steinhofie, I Miss U, Billboard, Cha cha, Wenecja, Zmiana ekspozycji, Leonardowski model, Park, Dwie Japonki przed wystawą, Rodzina na pochyłej drodze, Przez okno autobusu, Lalki, Centrum (fot. Krystian Lupa).

 

Didaskalia, nr 87, s. 37-46

 

                                                                                                                                                           15-02-2009

 

 

Festiwal OFF CAMERA w Krakowie - retrospektywa filmów Andy'ego Warhola 

 

Kulturalny październik rozpoczął w Krakowie I Międzynarodowy Festiwal Kina Niezależnego OFF Camera. Ambicje organizatorów są spore - krakowski festiwal ma stać się jedną z najważniejszych imprez poświęconych kinu artystycznemu w Polsce, a może i w środkowej Europie. W kilku kinach, klubach a także galeriach odbyło się blisko 350 seansów, na których zaprezentowano ponad 100 filmów z całego świata. Ale Off Camera to nietylko prezentacja filmów nowych. Wyjątkowo zaprezentowała się retrospektywa filmów Andy'ego Warhola, w której znalazło się aż 12 filmów, w tym pięć w reżyserii Paula Morriseya (m. in. słynny "Trash" i "Chelsea Girls". Jednym z gości specjalnych festiwalu była Holly Woodlawn, gwiazda filmów Andy'ego Warhola, słynna drag queen, aktorka i piosenkarka. (GW)

 

                                                                                                                                                            15-02.2009

 


ANDY II (Fabryka 2) - recenzja Tadeusz Nyczka w miesięczniku Teatr (fragmenty)

Nie jest to paradokumentalna próba odtworzenia Warholowej Fabryki. To dziwny, niejasny, zmyłkowy melanż wyobrażeń o tamtej nowojorskiej Fabryce i jej możliwego odpowiednika tu i dziś, a Polsce 2008, a może tylko w Krakowie, na konkretnej scenie Starego Teatru. (...) Są tu snucia, leżenia, kłótnie, wychodzenia z trzaskaniem drzwiami, telefonowanie, kamerowanie, fotografowanie, spanie, wyjadanie dżemu ze słoika, znikanie w łazience, przebieranie się. Komuś może się to wydawać niewarte spektaklu. Oczywiście. Życie też bywa niewarte życia. (...) Andy'ego W. nie interesowało, czy ktoś jest amatorem czy zawodowcem, byle był ciekawą postacią, która mogła ożywić świat choć na kwadrans. Aktorzy Lupy są prawdziwymi zawodowcami, o wiele lepszymi niż ci Andy'ego. Lupa jest o wiele ciekawszym, lepszym i głębszym artystą niż Warhol. I on ma swoja prawdziwą fabrykę, gdzie uprawia się sztukę jako rodzaj życia i życie jako rodzaj sztuki - teatr. Factory 2 mogła więc powstać tylko w teatrze i być teatrem. 

Teatr, nr 4/2008, s. 15-21

                                                                                                                                                            20-04-2008

 

PROROK W TEATRZE - poniedziałek 31 marca godz. 00.45 TVP 2

Polski film dokumentalny w reżyserii Jerzego Kaliny. Portret wybitnego reżysera teatralnego Krystiana Lupy. Okazją do przyjrzenia się pracy artysty są próby do spektaklu Zaratustra, którego premiera w Starym Teatrze w Krakowie odbyła się w maju 2005 roku.

                                                                                                                                                            29-03-2008

 

CO DALEJ Z TELEWIZJĄ PUBLICZNĄ: MISJA CZY OGLĄDALNOŚĆ - wypowiedź K. Lupy dla Gazety Wyborczej

To, że powinna istnieć telewizja publiczna, jest tak samo oczywiste i niepodważalne jak to, że państwo jest odpowiedzialne za poziom życia duchowego swego narodu. Ono oczywiście toczy się własnym biegiem i nie można nim dowolnie sterować, ale można wiele zrobić na korzyść albo na niekorzyść tego życia. W interesie państwa powinno leżeć, by telewizja prowokowała ludzi do duchowego ruchu, a nie pozostawała miejscem inercyjnego bełkotu niestawiającego - po obu stronach ekranu - żadnych wymagań. To nie tylko żywotny interes społeczeństwa, to również żywotny interes samej telewizji, ale nie można się spodziewać, aby dostrzegł go ktoś zainteresowany jedynie komercyjnym sukcesem. Oczywiście - zdarzają się (i to częściej niż w telewizji publicznej) ciekawe i godne szacunku pomysły na kondycję tego medium w telewizjach prywatnych, ale chyba jedynie telewizja publiczna stwarza szansę na rozwój "miejsca autentycznej duchowej relacji". Telewizja to nie tylko ekran prezentacji. To również "pokój rozmów istotnych". To najważniejsze. To nie względy komercyjne i polityczne powinny decydować, kto prowadzi te rozmowy. Kto wchodzi w polemiki i dyskusje. Sartre powiedział kiedyś: "Obowiązkiem władzy jest dać wolność ludziom twórczym i nie żądać za to zapłaty. Chodzi nie tylko o twórców kultury, chodzi o ludzi, których refleksje, dążenia i pasje mogą stawiać (choćby przez swoja radykalność i bezinteresowność) wymagania partnerom, czyli widzom. Bez takich wymagań nigdy się nie zrodzi - jak to nazywał Witkacy - "istotna rozmowa", a bez istotnej rozmowy nie ma duchowego procesu. Wiemy przecież, że często nie mamy ochoty na istotne rozmowy, ale kiedy już zostaniemy do nich zmuszeni, to nie żałujemy. Telewizja może być miejscem rozmowy - na poziomie tak wysokim, na jaki nas stać. Misją dziennikarzy i twórców jest stworzenie takiego miejsca. Nie tylko ludycznej pijawki, ale partnerskiego ataku bulwersujących polemik o naszych wartościach, etycznej i estetycznej kondycji, o tolerancji etc. Wcale nie myślę tu o wychowywaniu i pouczaniu społeczeństwa, ale o wciągnięciu go w nasze osobiste idee, problemy i spory. Dzieła sztuki bywają też przecież takim wciąganiem. Telewizja może stać się kotłowiskiem, w którym ludzie twórczy zderzają swoje duchowe namiętności i pasje. To kwestia stworzenia takich możliwości - owo pole pozakomercyjne, gdzie partnerzy dialogu będą mogli rozwijać bezkompromisowość i odwagę. Myślę, że telewizja może i powinna się stać miejscem odważniejszych postaw i odważniejszych tematów. Człowiek współczesny nie chce (choć czasem o tym nie wie) być dzieckiem prowadzonym za rękę.

Gazeta Wyborcza, 20 marca 2008, s. 22  

                                                                                                                                                            21-03-2008

W LUSTRZE WARHOLA - Afisz Polityki

Najnowszy spektakl Krystiana Lupy, grana w krakowskim Starym Teatrze autorska "Factory 2. Zbiorowa fantazja inspirowana twórczością Andy'ego Warhola", z jednej strony wpisuje się w ciąg poszukiwań teatralnych reżysera - jak większość jego spektakli przedstawia świat w momencie chaosu, z którego powoli wyłania się nowe. Jednocześnie jednak wyznacza nowy krąg zainteresowań: jeśli dotąd reflektory Lupy skierowane były na jednego bohatera, nierzadko alter ego reżysera, to tym razem główny bohater Andy Warhol (Piotr Skiba) jest wycofany, schowany za skupiona wokół siebie grupą niebieskich ptaków z nowojorskiej Fabryki lat 60. (fantastyczne role tworzą m. in. Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Iwona Bielska, Adam Nawojczyk, Krzysztof Zawadzki czy Katarzyna Warnke). Odurzeni w równej mierze narkotykami, co obietnicą sławy, oglądają filmy, prowadzą miałkie rozmowy, popisują się, kłócą i sprzedają przed kamera swoje najintymniejsze historie, w każdej chwili gotowi na warholowskie 15 minut sławy. Śmieszni, żałośni, sztuczni, a jednocześnie pełni autentycznego bólu i bezgranicznie samotni. Spektakl toczy się niespiesznie, czasem zastyga, rozpada się na serię monologów, dialogów, po czym nagle nabiera tempa. Bezbłędna gra aktorska toczy się na kilku poziomach, od utożsamienia z bohaterem, przez własne przemyślenia przed kamerą, nagrane podczas prób, po improwizowanie roli na żywo. Lupa, śladem Warhola, zdaje się tworzyć ramy spektaklu, po czym się wycofuje, przyjmując rolę podglądacza. Podsuwając sobie i swoim aktorom lustro Warhola i jego grupy, jednocześnie, podobnie jak w poprzedzającym go "Na szczytach panuje cisza", podsuwa lustro całej współczesnej cywilizacji. Tym razem jednak skupia się na jej emocjonalnej pustce, którą jedni zapełniają wstawiając ekshibicjonistyczne filmiki na youtube i obnażając się w rozmaitych telewizyjnych reality shows, inni realizują się w roli podglądaczy. Największy polski reżyser po raz kolejny udowadnia, że jak nikt inny w naszym teatrze potrafi uchwycić i przedstawić zbiorowe lęki, ból i frustracje. A.K.

Polityka  nr 12, 22 marca 2008, s. 67

                                                                                                                                                            21-03-2008

ŚMIERĆ W SREBRNYCH DEKORACJACH - artykuł Anny R. Burzyńskiej w Tygodniku Powszechnym 

Najnowszy spektakl Krystiana Lupy to eksperyment tak radykalny, że brakuje kategorii, w których należałoby go oceniać. Kanapa, włączona kamera, proste zadanie aktorskie: mówić o swoim „ja”. Nie grać, improwizować, być sobą. A jednak okazuje się bardzo trudne: aktorzy unikają obiektywu, reagują nerwowym śmiechem, przekleństwami, nie mogą wykrztusić słowa lub popadają w nonsensowny słowotok. Boją się przekroczyć bezpieczną granicę między fikcją a prawdą.

Oglądane na ekranie zawieszonym nad sceną zwierzenia to nagrania powstałe podczas trwających rok prób do „Factory 2”. Narastające zażenowanie i konsternację rozładowuje okrzyk jednej z aktorek, która uwiecznioną na taśmie bezradność i irytację kolegi przyjmuje z zachwytem: jako wyraz najwyższej odwagi artystycznej, uwolnienia się od konwencji i oczekiwań odbiorców. Scena ta jest nieodparcie komiczna, ale zarazem wiele mówi o spektaklu – to eksperyment tak radykalny, że brakuje kategorii, w których należałoby go oceniać. Lupa wyszedł od pomysłu skopiowania legendarnej artystowskiej Utopii, nowojorskiej Fabryki: odtworzenia przestrzeni, typów ludzkich, sprowokowania procesów artystycznych i emocji analogicznych do tych, które miały tam miejsce. Do poszczególnych elementów pierwowzoru zespół podszedł jednak swobodnie: aktorzy wykorzystują autentyczne wypowiedzi swoich postaci, głównie jednak improwizują na ich temat; Ultra Violet (Urszula Kiebzak) rozmawia przez komórkę z Dalim, Andrea Feldman (Marta Ojrzyńska) wygląda jak „późna wnuczka” tamtejszej bohemy, piosenkarka narkomanka Amy Winehouse. Fantazja na temat srebrnej Fabryki oddala się od pierwowzoru, logiczna zrazu opowieść o życiu Warhola (kręcenie filmów, malowanie, udzielanie wywiadów, relacje z otoczeniem) rozpada się, rozszczepia na wątki i epizody, kwestionuje własną prawdziwość. Staje się sztuką o nietworzeniu sztuki. Stopień zagmatwania relacji między fikcją a realnością osiągnął tu niespotykany poziom, co zapewne zyskałoby aprobatę papieża pop-artu. Z jednej strony widzimy bywalców Fabryki, owe supergwiazdy, dla których całe życie było jednym wielkim spektaklem: ukostiumowanych, kreujących swoje imiona, płeć i życiorysy, celebrujących jako sztukę własne ciała (świetny Piotrek Polak jako Eric Emerson) i zmieniających w happening codzienne czynności (mistrzowski monolog o sprzątaniu Iwony Bielskiej – Brigid Berlin). Z drugiej strony Lupa powtarza gest Warhola, który chciał, by w jego filmach pojawiało się nieuporządkowane, nieprzetworzone, bezsensowne życie jako przeciwieństwo sztuki. Stąd psychodramy, jakie urządzał swoim odurzonym narkotykami gościom, rejestrując ich rozmowy, „wygwałcając” zwierzenia. Oglądamy więc na scenie i na ekranie cały szereg improwizacji: monologów, dialogów, kopie scen z filmów Warhola i fragmenty prób. Aktorzy przeglądają się w postaciach, postaci – w prywatności aktorów. Chcąc nie chcąc, widz staje się voyeu­rem podglądającym rozmowy o życiu, umieraniu, sztuce, miłości, marzeniach. Obnażenie emocji budzi zawstydzenie, nieporadność ich wyrażania – śmiech. Niezborne strumienie świadomości wylewające się z postaci kontrastują z afazją Warhola. Lupę interesuje nie tylko dekonstrukcja mitu artysty (stały temat w jego teatrze), ale też paradoksy osobowości poszukującego nowych przestrzeni twórczych założyciela i guru Fabryki. W interpretacji Piotra Skiby to zarazem wizjoner i pasożyt, geniusz i idiota, Pigmalion i emocjonalny wampir. Wielkie dziecko: amoralne, egoistyczne, a przy tym dziwnie niewinne. Jest w nim tragiczność Midasa, który obdarzony siłą magicznego dotyku, zmienia wszystko w sztukę – i w końcu zostaje absolutnie sam, otoczony zimnym srebrnym złomem. Może dlatego tak bardzo wstrząsa kilka scen, w których Warhol na moment odzyskuje kontakt ze swoim człowieczeństwem: jedzenie, rozbieranie się, a zwłaszcza piękna scena oświadczyn Vivy (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik), z którą przez moment stworzy niemożliwą transseksualną pełnię. W kulisach Fabryki nieustannie czai się śmierć, której oblicze maskuje gruba warstwa makijażu. Jak na ikonicznym zdjęciu Candy Darling (zjawiskowy Krzysztof Zawadzki): pełne splendoru ujęcie leżącej na łóżku anielsko pięknej blondynki naprawdę przedstawia konającego na białaczkę mężczyznę, którego organizm nie wytrzymał wieloletniej kuracji mającej uczynić z niego kobietę idealną. Nico (Katarzyna Warnke) fascynuje swoim wycofaniem, cichym smutkiem i chłodną urodą nagrobnego posągu – to nie dekadencka poza, ale autentyczna „choroba na śmierć”. Supergwiazdy Fabryki są zmanierowane, megalomańskie, śmieszne, często zwyczajnie głupie; ale równocześnie godne współczucia i szacunku w swoich wielkich marzeniach i determinacji, by stać się kimś lepszym, piękniejszym, tworzyć rzeczy ważne – jak Freddie Herko (Bogdan Brzyski), który nie mogąc zostać gwiazdą baletu, zwieńczył swe życie samobójczym „latającym tańcem”. Z autentycznym przejęciem czekają, aż przybyły z Tybetu tancerz wskaże im drogę przez życie; on jednak okazuje się oszustem, amerykańskim chłopakiem z kryminalnego środowiska. Ale być może to naprawdę Bóg objawił się w kosmicznym tańcu?

Lupa pokazuje tych nieszczęsnych Ikarów bez patosu czy sentymentalizmu; unika ukazywania samobójstw i przedawkowań, które zdziesiątkowały bohemę Fabryki. Wystarczy mu kilka scen-skrótów o wielkiej sile, które skupiają jak w soczewce losy uczestników tego tragicznego eksperymentu. Bodaj najpiękniejszy jest moment, w której Edie Sedgwick (Sandra Korzeniak) – upokorzona, wyśmiana, niepotrzebna, bo jej „15 minut sławy” minęło bezpowrotnie – powraca do Fabryki ze zmartwiałą z bólu twarzą i, olśniewająco wystylizowana, tańczy do piosenki Tima Buckleya. Nawet dla klęski trzeba znaleźć odpowiednią formę.

Dzięki takim scenom i wielkiej odwadze aktorów spektakl nie jest jedynie ryzykownym eksperymentem formalnym, wyrafinowanym dyskursem o granicach sztuki i życia, lecz ma katartyczną siłę tragedii. Dobrze, że po udanym, lecz konwencjonalnym „Na szczytach panuje cisza” Lupa powrócił do wytyczania nowych szlaków. Utarte ścieżki niech pozostawi twórcom mniej zdolnym i mniej odważnym.

Tygodnik Powszechny  nr 11, 16 marca 2008, s. 40

                                                                                                                                                            21-03-2008

 

TEATR A SEKSUALNOŚĆ- z Krystianem Lupą rozmawia Julia Kluzowicz (fragment)

Czemu służy seksualność w teatrze?

Seksualność jest ważnym elementem ludzkiego życia. To, co człowiek w swojej kulturze zrobił z seksualności i z seksualnością, jest czymś bardzo tajemniczym. Seksualność jest czymś daleko szerszym, niż wyłącznie popędem prokreacyjnym. Ma ona związek z najistotniejszymi ludzkimi rejonami: religijnym i metafizycznym. To pewna materia prima, która wykracza poza dążenie do zachowania gatunku. A to, że rozmaite moralistyki, jak na przykład Kościół, chcą seksualność sprowadzić do tego poziomu, świadczy o podstawowym braku perspektywy i wyobraźni. Ludzie domagający się od człowieka, żeby swoją seksualność zredukował do tego wymiaru nie wiedzą, czym jest człowiek. Seksualność jest czymś bardzo istotnym i tajemniczym w ludzkim życiu, więc jakże nie może być ważna i tajemnicza w teatrze, który posługuje się człowiekiem, jako pewnego rodzaju przeniesieniem, gdzie ciało człowieka jest tak ważne, jest energią, materią. Teatr jest rytuałem odbywającym się pomiędzy ludzkimi indywiduami, w którym bardzo cielesna jest obecność aktora i bardzo cielesna jest obecność widza. (...)

Didaskalia, luty 2008, s. 2-5  

                                                                                                                                                            15-03-2008

WIELKI ANDY PATRZY - artykuł Joanny Derkaczew w Gazecie Wyborczej

Spektakl Lupy to cykl etiud, monologów, trzyosobowych improwizacji, nielicznych scen grupowych: dzikich i pretensjonalnych, manierycznych i śmiesznych, brutalnych i pięknych. To opowieść o narodzinach artystycznego ekshibicjonizmu. Po co rekonstruować filmy Warhola? Dlaczego Krystian Lupa, który dotąd zajmował się poważną literaturą niemieckojęzyczną (Bernhardem, Brochem, Musilem), po roku tajemniczej pracy nad "Factory 2" pokazuje nowy "Sleep", "Blow Job", "Chelsea Girls"? Co reżyser "Braci Karamazow", "Mistrza i Małgorzaty", "Zaratustry" znajduje dla siebie w amfetaminowych oparach Fabryki, słynnej pracowni Warhola, gdzie srebrna farba pokrywała ściany, osadzała się na dziesiątkach pięknych ciał, nadawała klimat statku kosmicznego niosącego przegrane gwiazdeczki w świetlaną przyszłość? Gdzie Drella (pseudonim Warhola, powstały ze zbitki Dracula - Cinderella, czyli Kopciuszek) nadawał swoim wyznawcom nowe tożsamości, doprowadzał do załamań nerwowych i samobójstw? A wszystko w imię jakiegoś koszmarnego eksperymentu farmakologiczno-socjologicznego, który dostarczał mu materiału na niepowtarzalne etiudy-dokumenty, kręcone z perspektywy podglądacza-sadysty. Spektakl Krystiana Lupy to cykl etiud, monologów, trzyosobowych improwizacji, nielicznych scen grupowych: śmiesznych i manierycznych, dzikich i pretensjonalnych, brutalnych i pięknych. Na działania sceniczne nakładają się wyświetlane na ekranach materiały nagrane przez aktorów, autentyczne filmy Warhola, wywiady z jego gwiazdami (np. transwestytą Candy Darling). Czasem, jak w wyświetlanych z dwóch szpul "Chelsea Girls", te same postaci mówią jednocześnie z ekranu i z pokrytego srebrną farbą wnętrza sceny. Warhol wmówił im, że są fascynujący, więc bez skrupułów wywlekają swoje najbanalniejsze przemyślenia i emocje. Eric Emerson (Piotr Polak), rozlazły brodacz pozujący na rozerotyzowanego dwulatka wygłasza monolog o własnym pocie. Neurotyczna chłopczyca Edie Sedgwick (Sandra Korzeniak) w scenie łóżkowej bełkoce i skarży się Paulowi Morrisseyowi na brak ambitnych zadań artystycznych. Piosenkarka Nico (Katarzyna Warnke), płochliwe zwierzątko o twarzy elfa, robi tybetańskiemu tancerzowi (Tomasz Wygoda) półgodzinny wykład o własnej małomówności; zacinając się, cichnąc, nucąc "Nibelungen" (z albumu "The Marble Index"). Transwestyci kłócą się, kto jest bardziej kobiecy, Ultra Violet (Urszula Kiebzak) zmusza wszystkich, by podziwiali z nią nowe wcielenie Wisznu. Piją, wrzeszczą, szprycują się nawzajem amfetaminą. Warhol (Piotr Skiba) milczy. Słucha. Patrzy. Przesunie trochę kamerę. Wręczy jakiś przedmiot, szepnie coś swojemu reżyserowi Morrisseyowi. Idealnie imituje Warhola z początku lat 60., kiedy przeszedł on już przemianę ze słowiańskiego chłopaka w anorektyczne widmo. Wychudzony, w platynowej peruce, drepce niczym starzec w za dużych kapciach. Jego głos jest płaski i daleki, jakby nagrany z kiepskiego telewizora. Prawie nie działa. Podgląda, stymuluje. W wiele wyjaśniającej scenie z aktorką i pisarką Vivą (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) Warhol ze spokojem wysłuchuje zarzutów o brak odpowiedzialności za losy ludzi Fabryki. Jedyne, co z siebie wydusza, to zdumienie, że wszyscy tyle się po nim spodziewają. Wszyscy myślą, że eksperyment z Fabryką do czegoś prowadzi. Komiczny wymiar uzależnienia gwiazdek od Drelli pokazuje sekwencja z Brigit Berlin (Iwona Bielska). Rozpaczliwie niezdolna performerka w niekończącej się rozmowie telefonicznej opowiada Andy'emu o swojej manii porządkowania, czyszczenia, mycia. Wielki idol Ameryki, ojciec pop-artu, miota się półnagi ze słuchawką, usiłując zjeść kawałek bułki, czmychnąć do toalety, zająć się malowaniem. Obsesja na punkcie milczącego lidera, wyczerpanie i destrukcyjne napięcie artystów to najsilniejsze wrażenia z tego spektaklu. Czyżby Lupa zrobił spektakl o odpowiedzialności artysty? O psychologii grupy? O fatalnych skutkach zbiorowego fanatyzmu? Są też inne tropy. Warhol nie mógł odżałować, że zadręczony przez niego tancerz Freddie Herko (Bogdan Brzyski) nie uprzedził go o zamiarze samobójstwa. Tak cudownie byłoby to sfilmować: piękny mężczyzna tańczy nago na parapecie przy dźwiękach Mszy Koronacyjnej Mozarta, by po chwili skoczyć z piątego piętra! To, czego nie udało się uchwycić Drelli, pokazał Krystian Lupa. W "Factory 2" Freddie rzuca się z okna na oczach bywalców Fabryki. Może krakowskie przedstawienie miało być filmem przez całe życie rejestrowanym w umyśle Warhola-podglądacza? Alternatywnymi wersjami tamtych improwizacji?

"Factory 2" trudno nazwać spektaklem. Jest raczej sytuacją, procesem - fascynującym, magicznym, niebezpiecznym. Świetnie wpisuje się w perspektywę poszukiwawczą Krystiana Lupy. Badanie kondycji artysty coraz wyraźniej prowadziło go ostatnio w stronę analizy otoczenia kreującego czy "karmiącego sobą" artystę (jak w spektaklu "Na szczytach panuje cisza" według Bernharda w Teatrze Dramatycznym w Warszawie). Coraz częściej posługiwał się też autoironią. Stąd "Factory 2" okazuje się pomysłem w rodzaju opowiadania "Pierre Menard, autor Don Kichota" Jorge Luisa Borgesa (w którym pewien XX-wieczny francuski autor usiłuje napisać od początku słynną powieść Cervantesa). Nie jest zwykłym powtórzeniem tamtych doświadczeń, ale błyskotliwym komentarzem, analizą mechanizmów, dowcipną trawestacją. To także lustro naszych czasów, w których ekshibicjonizm (w telewizji, w kolorowych pismach, na blogach) stał się nakazem i zasadą.

Gazeta Wyborcza, środa 12 marca 2008, s. 19

                                                                                                                                                        15-03-2008

FABRYKA I JEJ SOBOWTÓR - artykuł Joanny Targoń w Gazecie Wyborczej

Ekscentryczny pomysł Lupy zrobienia metodą Warhola spektaklu o Warholu i jego Fabryce - bez gotowego tekstu, za to z gotowymi na wszelkie ryzyko aktorami - zaowocował znakomitym i przejmującym spektaklem.

 "Lubię patrzeć" - mówi Andy Warhol. Warhol patrzy, podgląda, maniakalnie rejestruje wszystko, co się dzieje wokół niego, fotografuje, filmuje. Ale też nieustannie prowokuje - do odejścia od schematycznego postrzegania rzeczywistości. Od pokus szybkiego klasyfikowania, nazywania, syntetyzowania. Od żądania, żeby dzieło sztuki zdradzało natychmiast, o czym traktuje, czemu służy, jaką zawiera myśl. Czy można powiedzieć, jaką myśl zawiera "Blow Job", film Warhola, który Lupa pokazuje na początku "Factory 2"? Przez kilkanaście minut (oryginalny film trwa jeszcze dłużej) oglądamy twarz młodego chłopaka. Jedno ujęcie, żadnego montażu, żadnych atrakcji, żadnej konkluzji. To, że kamera zarejestrowała scenę seksu oralnego, pozostawiono naszej wyobraźni.

Witkacy 2

W drugiej części spektaklu widzimy na ekranie nagiego Warhola (to już film Lupy): "Rozebrałem się po prostu... Moja nagość nie ma żadnego powodu artystycznego, humanistycznego, dokumentalnego... Moja nagość jest moją nagością" - mówi. Nagość w sztuce zwykle coś musi - upiększać, symbolizować, wstrząsać, uwznioślać, epatować, kusić. Tu chce być jedynie nagością - poza sztuką, poza teatrem. Ta Warholowska niechęć do fiksowania i szybkich konkluzji, przemożna potrzeba rejestrowania rzeczywistości i prowokowania jej do odsłonięcia ciemnych, podświadomych i absurdalnych rejonów zawsze była bliska Lupie. Tak jak idea grupy, klanu oddającego się Witkacowskiej "życiowej twórczości". "Factory 2" to spektakl bliski dawnym (sprzed dwudziestu paru lat) Witkacowskim przedstawieniom Lupy - przede wszystkim "Maciejowi Korbowie i Bellatrix". Tam też mieliśmy do czynienia z grupą osób prowadzących w swoistym laboratorium niebezpieczne międzyludzkie eksperymenty dla odczucia tajemnicy istnienia.

Sobowtór

Ściany wyłożone srebrną folią. Z boku drzwi do łazienki, kuchni, windy. Kamery, wielki ekran nad sceną. Na środku czerwona kanapa znana z licznych zdjęć Fabryki. Na scenie wszyscy - upozowani jak do rodzinnej fotografii. Każdy (to też znamy z dokumentów) prezentuje swoją oryginalność, dziwność, urodę, styl. Z boku Andy jak żywy (Piotr Skiba), w srebrnej peruce i ciemnych okularach, dyskretnym gestem wskazuje na swoją gromadkę i zaprasza widzów, by podziwiali - albo może i przyłączyli się. Za chwilę premiera "Blow Job". Po projekcji Gerard Malanga (Krzysztof Zawadzki) prezentuje zebranych. Początek, realistyczny i obyczajowy, sugeruje, że będzie to solidna opowieść o Fabryce. Poznaliśmy bohaterów, obejrzeliśmy film, o którym teraz leniwie dyskutują. Tworzą się relacje, gładko i sprawnie. Cienki dowcip, lekka ironia - czyżby tylko tyle? Taki ma być spektakl? Ależ nie, na szczęście. To początkowe podszywanie się - z podejrzaną łatwością - zespołu Lupy pod grupę Warhola potrzebne jest tylko jako mocna odskocznia do czegoś więcej. Do stworzenia sobowtóra Fabryki, próby wykorzystania metod Warhola, przepuszczenia ich przez osobowości aktorów, by powstały hybrydy: trochę tamci ludzie, trochę współcześni. Spektakl też jest hybrydą, wypadkową teatru Lupy i Fabryki Warhola.

Sposób patrzenia

Niby nic nowego, przecież każdy spektakl jest w gruncie rzeczy hybrydą - tyle że w tym wypadku materią wyjściową była nie literatura (scenariusz powstawał już w ostatnim etapie pracy), lecz życie, utrwalone w micie, dokumentach, filmach, fotografiach. Co z tego wyniknęło? Najważniejsze wydaje się to, że niezauważalnie przyjmujemy jako oczywisty sposób patrzenia Warhola. Jeżeli on uważał za ciekawe patrzenie na coś, co się (prawie) nie dzieje, my też patrzymy na to zafascynowani. Wyświetlane na ekranie "screen testy", czyli sfilmowane twarze aktorów, którym nie zadano żadnego zadania, zmagających się z koniecznością wytrzymania w bliskim kadrze. Przekraczający ludzką (czy raczej teatralną) miarę telefoniczny monolog Brigit - Iwony Bielskiej - z maniakalną dokładnością opisującej sprzątanie mieszkania, kąpiel, spuszczanie różnych przedmiotów w klozecie. Monologi spowiedzi Nico (Katarzyna Warnke), Edie (Sandra Korzeniak), Erica (Piotr Polak). Łatwo skwitować, że każde z nich wypowiada swoją samotność - ale jak to jest zagrane: trafnie, prosto, bez jednego fałszywego tonu, często na cienkiej granicy między śmiesznością a powagą. Ta uważność i ostrość spojrzenia to oczywiście też sprawa reżyserii - bo nie jest przecież tak, że aktorzy puszczeni są samopas. A wszyscy grają wspaniale - nie ma tu popisów, jest znakomicie zestrojony zespół indywidualności.

Klan

Druga sprawa to funkcjonowanie klanu Fabryki. Choć pod adresem Warhola padają (na scenie) oskarżenia o wampiryzm i wykorzystywanie ludzi, Lupa nie idzie tym łatwym torem. To nie opowieść o artyście i jego ofiarach - tutaj wszyscy są i artystami, i ofiarami. Eksperyment życiowej twórczości wciąga i uzależnia jak narkotyk; wszyscy chcą być artystami i wiedzą, że bez Warhola im się to nie uda. Co nie znaczy, że nie ponoszą kosztów - ale i mają zysk. Tonacja spektaklu mimo wszystko jest jasna, dzięki niezwykłej energii aktorów i ich gotowości do najbardziej ryzykownych eksperymentów. Do zadanych przez Warhola i filmowanych improwizacji (wypełniających trzeci akt), wydobywających z biorących w nich udział aktorów wstydliwe wyznania (trójka transwestytów - Krzysztof Zawadzki, Bogdan Brzyski, Iwona Budner), sadystyczne wybuchy (Adam Nawojczyk i Małgorzata Zawadzka) czy gotowość do pastwienia się nad ofiarą (Małgorzata Zawadzka, Joanna Drozda, Marta Ojrzyńska).

Eksperyment

Delikatnie i precyzyjnie prowadzony jest wątek walki o to, kto jest w tym klanie najbardziej wtajemniczony, najbliższy Warholowi, najbardziej niezbędny, twórczy, kochany i kochający. Viva (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik) w pięknej sennej scenie zakłada białą perukę - jest bardziej Warholem niż on sam, pojawiający się na moment w długowłosej peruce kobiety. Ultra (Urszula Kiebzak) stara się dostarczyć Fabryce i Warholowi nowej podniety i możliwości osiągnięcia (niezbyt określonego) przeżycia metafizycznego - przyprowadza "świętego" tancerza (Tomasz Wygoda) z Indii czy Tybetu. Paul Morrisey (Zbigniew Kaleta), jedyny w tym towarzystwie trzeźwy i zwyczajny, organizuje i filmuje, choć pragnąłby może czegoś więcej. Jedne supergwiazdy odchodzą, inne chcą zaistnieć, kobiety i homoseksualiści prowadzą ze sobą cichą walkę. Jest w tym obrazie sporo humoru i celnej ironii, ale Lupa nie krytykuje tego towarzystwa ani nie moralizuje; wydobywa zaskakującą prawdę ludzkich relacji.

Ta opowieść o kondycji artysty prowadzącego po omacku eksperyment poznawczy sama jest eksperymentem - zaborczo wsysa publiczność na ponad siedem godzin, proponując coś, co wymaga uwagi i przestrojenia wrażliwości. Zapewne nie pochłonie wszystkich widzów, ale na spektaklu, który oglądałam, tych pochłoniętych było wystarczająco wielu, aby po tak długim przedstawieniu zgotować owację na stojąco.

Gazeta w Krakowie, 12 marca 2008, s. 8

                                                                                                                                                       15-03-2008

"ANDY WARHOL WEDŁUG LUPY" - artykuł Joanny Derkaczew i wywiad z reżyserem w Gazecie Wyborczej

Warhol mówi, że rozwalać jest lepiej niż coś ścibolić. Sztuka jest po to, żeby nagle nie wiedzieć. Żeby nam wyrwać krzesło spod tyłka, żebyśmy nagle spadali. A nie po to, by nam wiedzę dostarczać, pouczać - rozmowa z Krystianem Lupą

Kilkaset godzin nagranych improwizacji, dziesiątki przeczytanych książek, obejrzanych filmów, ponad rok pracy nad scenariuszem - "Factory 2" Krystiana Lupy to jedno z najbardziej wyczekiwanych wydarzeń artystycznych roku 2008. Frapuje nie tylko temat Srebrnej Fabryki ze Wschodniej 47, słynnej pracowni Andy'ego Warhola, ale też to, że do nowojorskiego undergroundu bierze się reżyser zainteresowany przez lata głównie literaturą elitarną: Bernhardem, Dostojewskim, Musilem, Brochem, Nietzschem czy Czechowem. W ostatnich polskich realizacjach ("Na szczytach panuje cisza" i "Niedokończony utwór na aktora/Sztuka hiszpańska" w Dramatycznym w Warszawie, "Zaratustra" w krakowskim Starym Teatrze) na pierwszy plan wysuwał się niezmiennie temat artysty, migocąc wszystkimi odcieniami: od nierozumianych geniuszy po kabotynów. Bohater "Na szczytach panuje cisza" Bernharda, pisarz Moritz Meister (Władysław Kowalski), to obdarzony przeciętnym talentem megaloman. Otoczony fałszywym kultem przez żonę (Maja Komorowska), czytelników, wydawców tym dotkliwiej odczuwa własną niemoc twórczą.W "Factory 2" Krystian Lupa zamierza zbadać fenomen Andy'ego Warhola - postaci, która sięgając po ekstremalną sztuczność, dokonała jednego z najciekawszych eksperymentów socjologiczno-antropologicznych XX w.

Joanna Derkaczew: Dlaczego zainteresował pana Warhol - wynalazca fałszu, sztuczności, iluzji, podróbki?

Krystian Lupa: Mam zaufanie do zdania Junga: "Pozwalaj, żeby się stawało". Zarzucamy w naszą wyobraźnię harpuny i jesteśmy zachwyceni, jeżeli uda się wyciągnąć nieznaną rybę. Ale oprócz tego wyciągamy stare ryby, glony, to, co w nas jest, w co każdy z nas jest wplątany. Wcale sobie nie zakładałem pięciolecia penetracji kondycji artysty. Bernhard jest artystą autorefleksyjnym. Nawet wtedy, gdy mówi o czymś innym, ta kondycja artysty jest przemycana. Warhol jest inny. Odświeżająco podziałało na mnie spotkanie z taką nieeuropejską osobowością .

Bo Warhol nie zwracał sobie głowy autorefleksją?

- On autorefleksji ani specjalnie nie ufał, ani nie umiał jej uprawiać. Mówił, że gdy człowiek zaczyna werbalizować swoje niby to głębokie intuicje, wychodzą jakieś straszne brednie. Poza tym to był człowiek autystyczny. Pamiętamy wywiady, w których bawił się nieporadnością wypowiadania się. Wierzyliśmy, że robił z tego show. A to może było prawdziwe. Warhol mnie odświeżył. W Moritzu Meistrze ze sztuki Bernharda widziałem postać, której się przypatrywałem z czujnością, bo to było krzywe zwierciadło. Odkrywałem siebie z tym nadmiarem autokomentarza, intelektualizacji swoich intuicji. O tyle tutaj mamy do czynienia z twórcą bardzo intuicyjnym, szarżującym.

Niebezpiecznym?

- Realizującym niebezpieczne, głupie pomysły. Który staje się sławny, bo te głupie pomysły owocują nagle genialnymi produktami albo przynajmniej produktami, które zostają uznane za genialne. On nie jest ani filozofem sztuki, ani teoretykiem, a jednak z niezwykłym uporem i wyczuciem kontestuje święte kryteria sztuki. Z bezczelnością dziecka, które wdarło się do magazynu zabawek dla dorosłych.

Czy właśnie tak czuje się pan w sferze pop? Jak dziecko w zakazanym świecie?

- Mówiąc pop, mamy na myśli masową tandetę. A to, co zaczął Warhol, wcale nie było płytkie. Odkrył, że obraz jest jedynie zaczynem procesu, który musi kontynuować odbiorca. Puszki Campbella czy portrety Marilyn Monroe to nie wytwory świętej sztuki, ale prowokacje. To nie w dziele zawarta jest głębia, ale w odczytaniu i skojarzeniach widza. Tę strategię rozwinął potem konceptualizm. Najważniejsze, co jest do zrobienia w sztuce XX w., to podważenie rzeczy zaskorupiałych, utrwalonych w naszym systemie wartości. A Warhol mówi właśnie, że rozwalać jest lepiej niż coś ścibolić. Sztuka jest po to, żeby nagle nie wiedzieć. Żeby nam wyrwać krzesło spod tyłka, żebyśmy nagle spadali. A nie po to, by nam wiedzę dostarczać, by nas pouczać. Jesteśmy przesyceni i ogłupieni wiedzą. Pod tym względem Warhol jest rewolucjonistą tak potężnym, że wsadzenie go do szufladki popkultury to pomyłka. Jego undergroundowe produkcje filmowe z lat 60. zrodziły dzisiejsze kino poszukujące z Jimem Jarmuschem i Jonathanem Caouette. Nas przy pracy nad "Factory 2" zafascynowało, jak odważnie posługiwał się improwizacją. Wszystkie te jego gwiazdy, improwizując - zwykle na narkotykach - nie odgrywały niczego, tylko stwarzały rzeczywistość na nowo. Jeśli ktoś w teatrze robi tylko to, co zaplanował, nie korzysta z największego cudu, jakim jest teatr, mianowicie z mechanizmu "seansu spirytystycznego". Tego, co wynika z ludzi, którzy tworzą.

Warhol ryzykował życie ludzi, którymi "tworzył"

- No, nie on jeden. Tak robią wszyscy liderzy, którzy usiłują przekroczyć pewną granicę. Mieszkańcy Fabryki doskonale czuli, że bez Andy'ego nie zrobią kroku. W tym kółku każdy trochę "warholizował". Brigid Berlin spuszczała chorągiewki w klozecie. Jej happening nie zrobił rewolucji na taką skalę jak Warhola. Bo to on miał w sobie ten "przekręt". Wielu ludzi pytało, jak to się dzieje że ten człowiek, cholera, był taki sławny.

Gwiazdy szukały w Fabryce sławy i oparcia. A po co była Fabryka Warholowi?

- Był zafascynowany nieprzewidywalnością. On rzeczywiście mógł przez osiem godzin patrzeć na śpiącego człowieka w swoim filmie "Sleep". Zwłaszcza jeśli go kochał. I nie mógł zrozumieć, dlaczego inni się nudzą. A z drugiej strony bawił się snobizmem. Prowadził grę: "No, zobaczymy, co zrobisz. Jesteś na awangardowym filmie, którym się masz zachwycić, bo inaczej stajesz się mieszczuchem". No to facet siedzi. I zarówno ten, który wytrzymuje osiem godzin do końca, jak i ten, który wyjdzie po paru minutach, jest idiotą. To kontestacja misyjnej relacji sztuka - odbiorca. Kontestacja pozycji artysty jako wychowawcy społeczeństwa.

Czy "2" w tytule sugeruje, że spektakl to nie dokument, ale powtórzenie tamtego doświadczenia?

- Nasz spektakl, jak to improwizacja, powstał w jakiś sposób sam. To fantazja zbudowana pasożytniczo, kopia, która na początku chce być kopią, a potem zaczyna żyć własnym życiem. Trzymając się oryginału, można przeoczyć szansę, tajemniczy moment w tworzeniu, gdy to, co powstaje, zaczyna mieć własną wolę, odrywa się. W moich pierwszych jeleniogórskich spektaklach tak bardzo próbowałem coś zrealizować, że w ogóle się nie otwierałem na to, co może się zdarzyć. A teraz jest odwrotnie. Jestem skłonny całkowicie zapomnieć o tym, czego chciałem. Przy pracy nad "Factory 2" wiele rzeczy staje się dla mnie po raz pierwszy. Od spektaklu "Mistrz i Małgorzata" próbuję pójść za intuicją, która jest intensywna, ale mglista. I o ile w pracy przy "Mistrzu..." napotykałem na opór aktorów, którzy walczyli z czymś wariackim czy bezsensownym, co mnie fascynowało, o tyle teraz praca z aktorami idzie świetnie.Zresztą sam Warhol nie lubił sensu. Jak mu aktorzy grali zbyt logicznie i psychologicznie, to im to psuł. A to najświeższe pokolenie ma taki dostęp do tej irracjonalnej, wewnętrznej i wstydliwej istoty, do tego "ja" wewnętrznego monologu, że potrafią godzinami improwizować i gdy dorwą się do swojej wyobraźni, buzie im się nie zamykają. Wywalają [co?-kor.] z siebie całymi furami. Oni już urodzili się w świecie zmienionym przez Warhola.

Gazeta Wyborcza, piątek 15 lutego 2008, s. 19

                                                                                                                                                                        17-02-2008

FABRYKA - Reżyseria: Krystian Lupa

Premiera - 16,17 lutego 2008 (Scena Kameralna)!!!

Adaptacja i scenografia: Krystian Lupa, kostiumy: Piotr Skiba, współpraca dramaturgiczna: Iga Gańczarczyk, Magda Stojowska

Występują: Iwona Bielska, Iwona Budner, Joanna Drozda, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Urszula Kiebzak, Sandra Korzeniak, Marta Ojrzyńska, Katarzyna Warnke, Małgorzata Zawadzka, Bogdan Brzyski, Zbigniew W. Kaleta, Adam Nawojczyk, Sebastian Pawlak, Piotrek Polak, Piotr Skiba, Tomasz Wygoda (gościnnie), Krzysztof Zawadzki (gościnnie).

Asystenci reżysera (WRD PWST): Jolanta Denejko, Krzysztof Garbaczewski, Szymon Kaczmarek, Radosław Rychcik

                                                                                                                                                                         17-02-2008

OPOWIADANIA O TEATRZE - Joanna Targoń o książce Joanny Walaszek "Ślady przedstawień"

"Teksty są śladem przedstawień i śladem uporczywych, choć nigdy niesatysfakcjonujących prób pisania o żywym teatrze" - czytamy we wstępie. Próby te są jednak satysfakcjonujące dla czytelnika - to żywo i pięknie napisane opowiadania o przedstawieniach, które zachwyciły autorkę. Teatr jest zjawiskiem bardzo nietrwałym. Nie tylko dlatego, że przedstawienia po paru latach schodzą ze sceny. Teatr bywa mało fotogeniczny, utrwalony na zdjęciach czy taśmie filmowej traci zwykle znaczną część swojej magii i oryginalności. Pewnie dlatego, że związany jest - jak żaden inny rodzaj sztuki - z czasem, w jakim powstał. No i dlatego, że teatrowi potrzebny jest widz. A dla przechowania teatru w pamięci potrzebny jest widz uważny, wnikliwy, wrażliwy na reakcje własne i publiczności, potrafiący zarejestrować zmiany, nawet (a może przede wszystkim) te trudno uchwytne i trudne do nazwania. Takim widzem (piszącym) jest Joanna Walaszek, profesor na krakowskiej teatrologii, autorka książek o Konradzie Swinarskim i Andrzeju Wajdzie. Widzem, bo teksty składające się na książkę nie są recenzjami - trudno w nich znaleźć jednoznaczne oceny, choć autorka nie stroni od wyrażania zachwytu czy fascynacji. Nie są to również próby obiektywnego zapisu przedstawień. Walaszek wie doskonale, że w pisaniu o teatrze (czy sztuce w ogóle) obiektywizmu nie ma i być nie może. Wie również, że przedstawienia (zwłaszcza te wybitne) żyją i że powinnością krytyka jest towarzyszenie temu życiu. Stąd w książce kilka tekstów poświęconych "Dziadom" Jerzego Grzegorzewskiego - pisanych po premierze w 1995 r., pół roku i rok później, w końcu - po uroczystym pokazie na inaugurację Teatru Narodowego dwa lata po premierze. Grzegorzewski jest jednym z głównych bohaterów tej książki - inni to The Wooster Group, Piotr Cieplak, Eimuntas Nekrosius, Paweł Miśkiewicz, Krystian Lupa, Krzysztof Warlikowski, Maja Komorowska, Robert Wilson.

Gazeta Wyborcza, środa 13 lutego 2008, s. 8

                                                                                                                                       31-12-2007

WRACAJĄ WARSZAWSKIE SPOTKANIA TEATRALNE

Obecne władze miasta uznały, że zamiast Festiwalu Festiwali Teatralnych "Spotkania" powstanie organizowany przez nowego szefa artystycznego Teatru Dramatycznego Pawła Miśkiewicza - Międzynarodowy Festiwal Teatralny "Warszawa Centralna". Najbliższa edycja "Stygmaty ciała" ma odbyć się w październiku 2008 r. Wiadomo już, że zobaczymy zarówno spektakle zagraniczne dotykające tematu ciała, jak i przygotowane specjalnie na tę okazję przedstawienia Teatru Dramatycznego, m.in. nowy spektakl Krystiana Lupy. Na "Warszawę Centralną" miasto przeznaczy około 1,5 mln zł. Znalazły się też pieniądze na drugą dużą imprezę teatralną. Dzięki temu na przełomie marca i kwietnia 2008 roku można powrócić do Warszawskich Spotkań Teatralnych. Organizację WST powierzono Instytutowi Teatralnemu im. Zbigniewa Raszewskiego. Miasto Warszawa w swoim budżecie przewidziało na organizację WST 2 mln zł. Instytut będzie się ubiegał też o środki w Ministerstwie Kultury.

- Warszawskie Spotkania Teatralne to była mocna marka, dlatego chcę wrócić do tej nazwy. Jest skromna i nawiązuje do analogicznych imprez organizowanych w innych stolicach europejskiego teatru - wyjaśnia Maciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego. Już wiadomo, że poza głównym nurtem najlepszych spektakli z Polski co roku odbywać się będzie też prezentacja twórczości wybranego młodego reżysera. W tym roku Michała Zadary - zobaczymy m.in "Kartotekę" (Teatr Współczesny z Wrocławia) i "Odprawę posłów greckich" (Stary Teatr, Kraków). Nowak nie wyobraża sobie, żeby w programie mogło zabraknąć np. "Transferu" Jana Klaty (Teatr Współczesny, Wrocław). Zależy mu też na krakowskich spektaklach Krystiana Lupy, chce przybliżyć wciąż mało znaną w Warszawie twórczość Anny Augustynowicz, dyrektorki Teatru Współczesnego ze Szczecina.

Gazeta Wyborcza, poniedziałek-wtorek 31 grudnia 2007 - 1 stycznia 2008, s. 16 

                                                                                                                                                                         31-12-2007

MAJA KOMOROWSKA W PRZEDDZIEŃ WIGILII OBCHODZIŁA JUBILEUSZ SIEDEMDZIESIĘCIOLECIA

Droga do światła - Tadeusz Sobolewski

"Gdy oglądam Maję Komorowską w którejś ze sztuk Thomasa Bernharda lub w bulwarowej komedii Petera Shaffera "Letycja i lubczyk", zawsze mam poczucie, że gra idzie o coś więcej. Jej aktorstwo wydaje się instynktownym sprawdzaniem sensu, szukaniem nadziei tam, gdzie byśmy się jej najmniej spodziewali. Ponadto każda z tych ról zawiera pytanie o istotę samego aktorstwa. "Dlaczego zajmujesz się sztuką?" - pyta Komorowską Barbara Osterloff w książce o jej aktorstwie zatytułowanej "Pejzaż". Nie każdemu artyście można zadać takie pytanie. Komorowską warto o to pytać. W jej grze jest błysk szaleństwa, które odsłania dobro. Taka jest, gdy w "Szczęśliwych dniach" Becketta śpiewa na końcu swoją "złamaną arię", gdy u Lupy w "Wymazywaniu" Bernharda w scenie snu zamienia się w ptaka, gdy w "Sztuce hiszpańskiej" za jej sprawą przedstawienie nagle wzlatuje, wyłamuje się z konwencji, zamienia w ekstatyczny taniec flamenco, który kończy się równie momentalnie, jak się zaczął, pozostawiając tęsknotę i niedosyt. (...)

Na pytanie, po co zajmuje się sztuką, Maja Komorowska odpowiada: "Aby przekroczyć swoje bariery, wyjść z własnych ograniczeń. Zapełnić to, co jest naszą pustką i kalectwem. Zrealizować się, dojść do spełnienia. Jest to nie stan, ale proces. Jakby mozolne dźwiganie się, w którym to, co w nas ciemne, ulega prześwietleniu". Jej gra absorbuje przeciwieństwa. Jest połączeniem niepewności i siły. Żadna z ról nie wydaje się przypadkowa, choć gra w teatrze w sztukach tak odmiennych autorów jak Bernhard, Beckett, Czechow, Harwood. Toczy z nimi osobiste pojedynki, wygrywa na ich własnym terenie, walcząc ich własną bronią. Bo przecież - jak mówi - aktor "równolegle z tekstem sztuki toczy swój własny monolog". "To, co myślę pod zdaniami ze sztuki - to już jest moja własność" - podkreśla.

O pracy z Krystianem Lupą Komorowska mówi: To było spotkanie. "

Gazeta Wyborcza, poniedziałek-środa 24-26 grudnia 2007, s. 13

                                                                                                                                                                         31-12-2007

"MEWA RADYKALNA" - Rozmowa z Krystianem Lupą

Wszystkie wariactwa, które wyławiałem z Czechowa i próbowałem powiększać, łykali z niezwykłą otwartością - mówi Krystian Lupa o pracy z rosyjskimi aktorami

Dorota Wyżyńska: Przed premierą spektaklu "Niedokończony utwór na aktora..." w Teatrze Dramatycznym, w którym łączył pan "Mewę" ze "Sztuką hiszpańską" Yasminy Rezy, mówił mi pan: >>Mewa<< od zawsze wydawała mi się utworem dziwnym, hybrydalnym, niedokończonym. Niezwykle inspirujący jest pierwszy akt - opowieść o teatrze młodego, niespełnionego artysty, a właściwie o katastrofie jego teatru. Ale po przeczytaniu tego pierwszego aktu następował we mnie zawsze pewien opór i niepokój. Marzyłem, żeby pójść dalej. Tymczasem na następnych stronach >>Mewy<< temat ten się roztapia w opowieści o dalszych losach bohaterów". Czy ponownie pierwszy akt był w centrum pana zainteresowań? W jaki sposób tym razem przygotowywał pan adaptację?

Krystian Lupa: Nadal interesował mnie ten dziwny, konstrukcyjny motyw tak mocnego finału pierwszego aktu. Nazwaliśmy go katastrofą. Od tego nie mogłem się wyzwolić. I chciałem poddać go ponownej rewizji. Zastanawiałem się tylko, czy mogę sobie pozwolić na taki zabieg w Rosji, w dodatku w teatrze, w którym "Czajka" miała swoją prapremierę. W teatrze, w którym znaleziono tekst pierwotny "Mewy", bez skreśleń. Jeśli właśnie tu znaleziono Czechowowski dramat bez skreśleń, to czy reżyser może sobie tak bezkarnie skreślać? Poza tym byłem pewny, że czeka się tu na "Czajkę", która będzie odpowiedzią na tradycję Teatru Aleksandryjskiego, próbą zmierzenia się z tą tradycją. Jednym słowem jechałem z dziwnym pomieszaniem pragnień i przeczuć i oczekiwaniem na coś, co na nowo zainspiruje albo usprawiedliwi moje decyzje. Kiedy spotkałem się z kierownikiem literackim Aleksandrem Czepurowem, który jest w Teatrze Aleksandryjskim (wraz z dyrektorem Walerym Fokinem) rzecznikiem "nowego teatru", zapytałem go wprost: "Jakiej >>Czajki<< oczekujecie ode mnie: klasycznej czy radykalnej?". On powiedział: "Radykalnej, absolutnie".

D. W.: No to dobrze. W takim razie pójdźmy jeszcze raz w tę przygodę i spróbujmy po bardzo podobnym jak w Warszawie akcie pierwszym, który jest rodzajem trampoliny, prześledzić dalsze losy bohaterów. Ale czy można opowiadać o losach ludzkich, kiedy zaczynamy już w pierwszym akcie od katastrofy? Co artysta robi po katastrofie? Po wewnętrznej katastrofie, która rozbija jego pierwsze inicjalne nadzieje. A co czuje artysta po katastrofie?

K. L.: Artysta jest bydlęciem straszliwie cierpiącym. Cierpi głębiej niż zwykły człowiek. Jest bardziej bezradnym czy narażonym na rany. Jest w nim demon, który niejako czuwa nad tym, żeby to cierpienie było ekstremalne. Bo artysta ma w sobie zarówno tego "wampira" inspiratora, jak i "murzyna" wykonawcę. Ten "murzyn" cierpi, nie zdając sobie sprawy, że jest mięsem ofiarnym albo królikiem doświadczalnym po to, żeby później powstało dzieło sztuki. To wszystko dzieje się w jakimś osobliwym zamroczeniu. Z takim właśnie rozdwojeniem borykała się (na przykład) Sarah Kane. Jej przypadek był kliniczny. Ale myślę, że taki był i Czechow. Bo przecież widzimy elementy autobiograficzne i w postaci Trieplewa, i Trigorina. I Trigorin, i Trieplew przedstawieni są niezwykle krytycznie, choć bardziej Trigorin - jako owoc artystycznej ewolucji, która jawi się jako życiowy i artystyczny kompromis, jako ulegnięcie koniunkturze. To nie jest gogolowska karykatura, to obraz bezwzględny i okrutny. Tak Czechow widział samego siebie.Akt drugi i trzeci w spektaklu zaczynamy niemal identycznie. Bohaterowie zawieszają swoje wampiryczne życie i czytają Maupassanta. Jeśli nie umiemy żyć własnym życiem, to bierzemy do ręki książkę. Czechow zresztą właśnie wtedy był pod silnym wpływem Maupassanta - czytał "Na wodzie" podobnie jak jego bohaterowie. To z lektury zdają się wyłaniać ze stagnacji dalsze losy... Coś przełomowego, katharsis umożliwiające samopoznanie...A potem zaczyna się proces przyglądania się, penetracji czterech najważniejszych bohaterów, dojrzałego i młodego pisarza Trigorina i Trieplewa, dojrzałej i młodej aktorki Arkadiny i Niny Zariecznej.

D. W.: Jak spektakl został przyjęty w Petersburgu?

K. L.: Z dozą sensacyjności, kontrowersyjnie. Ale dla mnie w sposób cudowny. Posypały się gorące dyskusje na temat kondycji czechowowskiej i tego, co w dramatach Czechowa się dziś kryje. Do jakiego stopnia bohater teatru Czechowa jest człowiekiem współczesnym.

D. W.: A jak przyjęli pana wizję aktorzy rosyjscy?

K. L.: Spodziewałem się większych oporów. Możemy się nie zgadzać z metodą "pierieiżywania" i możemy patrzeć na aktorstwo rosyjskie z uśmiechem i pobłażaniem, bo wydaje nam się anachroniczne. Niemniej widzę, że są to ludzie, którzy bardzo odważnie potrafią pracować z wyobraźnią. Nie budują analitycznych konstrukcji racjonalnych, w których wszystko musi być umotywowane, a istnieje taka szkoła analizy w polskim teatrze. Może Rosjanie traktują rzeczywistość i człowieka bardziej... mistycznie? W każdym razie wszystkie wariactwa, które wyławiałem z Czechowa i próbowałem radykalizować i powiększać, doprowadzając tę rzeczywistość czechowowską do takiej prawie kafkowskiej absurdalności... wszystko to łykali z niezwykłą otwartością. Wydaje mi się, że udało nam się w tym krótkim czasie wejść w rejony bardzo nowoczesnego aktorstwa.

D. W.: Wystawiając "Mewę" w Warszawie, w Teatrze Dramatycznym zbudował pan/wyczarował jezioro... Czy teraz też będzie?

K. L.: Sami zobaczycie. Będzie, ale bardzo osobliwe.

Teatr Aleksandryjski: "Mewa" na motywach sztuki Antona Czechowa, adaptacja, reżyseria, scenografia Krystian Lupa, muzyka - Jacek Ostaszewski, kostiumy - Piotr Skiba. Premiera w Petersburgu odbyła się 15 września 2007. W Teatrze Narodowym spektakl pokazany został 10 i 11 października 2007

Gazeta Stołeczna, 9 października 2007 s. 8 

                                                                                                                                                                    31-12-2007

JAKA SZTUKA W KAPITALIZMIE -  Roman Pawłowski

Czy klęska PiS oznacza koniec sztuki politycznie zaangażowanej?

Jednym z ubocznych i całkiem niezamierzonych efektów dwuletnich rządów partii braci Kaczyńskich był renesans zaangażowanej sztuki i satyry politycznej. Ci, którzy pamiętają okres stanu wojennego i ówczesną kulturę niezależną, mogli się poczuć jak w wehikule czasu - wróciła polityczna aluzja i dowcipy, w teatrach pojawiły się przedstawienia antyrządowe, a w galeriach akcje polityczne. Powróciła też cenzura, ubrana w kostium troski o publiczną moralność i uczucia religijne. Sprowokowali artystów Przeniesienie walki politycznej na pole kultury było logicznym następstwem działań władzy, która właśnie w sferze nadbudowy przejawiała największą aktywność, czego przejawem była "polityka historyczna" PiS czy prowadzone przez koalicjantów z LPR akcje przeciw "nieobyczajnym" wystawom. Swoimi działaniami rządzący prowokowali artystów, którzy poczuli, że polityka wkracza na ich pole. I nawet jeśli nie chcieli, musieli się angażować, aby obronić własną autonomię. Zaskakująca okazała się skala zjawiska, które objęło praktycznie wszystkie dziedziny kultury i wszystkie media. Do polityki odwoływali się zarówno twórcy kultury popularnej, jak i wysokiej. (...)

Milczenie przerwał nawet Krystian Lupa, który wcześniej nie angażował się w aktualne spory polityczne. Wybitny krakowski reżyser teatralny nie wystawił co prawda spektaklu politycznego, ale zabrał głos na łamach "Tygodnika Powszechnego" w dyskusji na temat lustracji w środowisku akademickim. (...)

Gazeta Wyborcza, sobota-niedziela 8-9 grudnia 2007 str. 30 

                                                                                                                                                                     31-12-2007

WYBORY TO WIĘCEJ ŚWIEŻEGO POWIETRZA - Krystian Lupa dla Gazety w Krakowie

(...) "Jeśli nawet dochodzę do wniosku, że nie identyfikuję się z żadną z partii, z żadnym programem, z żadną filozofią państwa i władzy czy widzeniem człowieka i świata, to wybieram ludzi, którzy swoją ludzką i duchową klasą, otwarciem, tolerancją - będą otwierać, a nie zamykać - TO, CO SIĘ DOKONUJE. Bo przecież procesy przemian społecznych, kulturowych i gospodarczych dokonują się w głównej mierze autonomicznie, władza, państwo może pomóc - harmonizować, porządkować ten proces - ale nie może zawracać Wisły kijkiem, bo to przynosi tylko zamęt i wzrost naszej społecznej agresywności i destruktywności. Jeśli nie mam ludzi i poglądów, na które chciałbym głosować, to głosuję na ludzi i postawy, które umożliwią postęp, proces ku rzeczywistości społecznej, w której tacy ludzie i takie postawy, o jakich marzyłbym - mogą się wyłonić. To głosuję na ludzi, którzy jeśli nawet sami tego nie zrobią, to pozwolą na DZIANIE SIĘ, a nie tylko na kłótnie i rozróby. To wreszcie głosuję na ludzi mniej opętanych sobą. Bo zawsze w efekcie będę miał dla siebie więcej świeżego powietrza. Sam przy okazji mogą zrewidować własne poglądy i zadać sobie pytanie - czy nie są już nazbyt zatęchłe. "Wpuścić do głowy świeże powietrze" (Thomas Bernhard) - oto, co trzeba zrobić. Pójść do wyborów i zagłosować - a może i moja obrażona mina zejdzie mi z twarzy, bo o niej zapomnę. Nie dziwmy się, że politycy myślą tylko o sobie, skoro sami to też robimy..."

Gazeta Wyborcza Kraków, sobota-niedziela 6-7 października 2007, s. 1 

                                                                                                                                                                        7-10-2007

WYBIERAM WYBORY!

Mimo wszechogarniającej beznadziei, kampanii wyborczej pod hasłem "mordo ty moja!" i po raz kolejny zadawanego sobie pytania "czy to coś zmieni?" ŁĄCZMY SIĘ W BÓLU I GŁOSUJMY! Głos wykształciucha może coś zmienić! 

Dla niezdecydowanych: http://serwisy.gazeta.pl/wybory2007/0,0.html?adw=1

                                                                                                                                                                                                                                1-10-2007

FESTIWAL KRYSTIANA LUPY!!! - TEATR DRAMATYCZNY M. ST. WARSZAWY

Wymazywanie - 6.10, 7.10, godz. 15.00

Na szczytach panuje cisza - 12.10, 13.10, godz.19.00

Mewa (Aleksandrinskij Teatr z Sankt Petersburga) gościnnie w Teatrze Narodowym - 10.10, 11.10, godz. 19.00

MAGIA ZBLIŻENIA I TAJEMNICA DYSTANSU (KRYSTIANA LUPY POSZUKIWANIA "NOWYCH MITÓW" W TEATRZE)

Wydana przez Universitas książka Uty Schorlemmer zdruzgotana w recenzji Joanny Targoń (błędy merytoryczne, fatalny styl). Wkrótce recenzja autorki strony.

PATRIOTYZM NIEDOROZWINIĘTY - Rozmowa z Krystianem Lupą - cykl "Na indeksie Giertycha"

ROMAN PAWŁOWSKI: Szkoła bez Gombrowicza, Witkacego, Goethego, Kafki, Dostojewskiego. Co Pan na to?

KRYSTIAN LUPA: No... ogarnia człowieka poczucie bezradności. Bo to dotyczy spraw zbyt elementarnych, zbyt oczywistych -jakie znaczenie ma Dostojewski, jakie Kafka, co niesie ze sobą Goethe, a co Gombrowicz, co w zamian proponuje minister edukacji. Wydaje się to wszystko tak absurdalne, że możemy tylko labiedzić. I te wszystkie komentarze są takim bezradnym labiedzeniem. Bo cóż powiedzieć, że skandal, że absurd? Te słowa są już od jakiegoś czasu zdewaluowane. Już nie mają siły, a powinny mieć, bo są to słowa społecznego hamulca bezpieczeństwa.

Co Pana najbardziej oburza w propozycjach ministra Giertycha?

-To, że o doborze tak ważnej konstelacji, jaką jest kanon lektur szkolnych decyduje jakieś bliżej nieznane gremium przy ministrze. To absurd. Taka decyzja powinna być owocem szerokiej dyskusji z udziałem nie tylko samych nauczycieli. Jak to możliwe, żeby minister oświaty tak łatwo dokonywał zmian w zestawie lektur szkolnych? Żeby miał możliwość i narzędzia narzucania młodemu pokoleniu własnej ciasnoty poglądów i ignorancji? Żeby mógł odciskać na programie humanistycznego kształcenia swoją mściwą walkę z inteligencją?

Ale minister powołuje się na merytoryczne argumenty, mówi, że kanon lektur powinien służyć pobudzaniu patriotyzmu.

-Kiedy mówimy, że literatura ma pobudzać patriotyzm, to jesteśmy blisko koncepcji Goebbelsa, to znaczy traktowania literatury jako narzędzia, które ma ludzi wpychać w to, czego władza by sobie życzyła. Podczas gdy literatura jest narzędziem duchowej samodzielności. Najwyższą jej wartością jest wyzwolenie człowieka ze schematów, w które wpychają go różne uwarunkowania rodzinne i społeczne. Literatura ma wyrwać ze schematyzmu, który nie pozwala człowiekowi dojrzeć. To jedno z tych narzędzi, które potrafią podważyć wartości źle obowiązujące. I to powinno być jednym z kryteriów doboru lektur szkolnych. Co zresztą znaczy dzisiaj patriotyzm, wychowanie patriotyczne? Jeśli mowa o "młodzieży" i o wszystkich tych "niedozwolonych rzeczach", o których ostatnio głośno w związku z niebezpieczeństwami patologicznego rozwoju najmłodszych, to należałoby również zakazać propagowania "patriotyzmu niedorozwiniętych". Nie mówię o poszczególnym człowieku, ale o całej formacji potrzebującej takich właśnie wartości, takiego właśnie etosu i rygoru patriotycznego na skutek swego niedorozwoju. "Patriotyzm niedorozwiniętych" zagraża młodemu pokoleniu bardziej niż propagowanie innych "niedozwolonych rzeczy".

Dlaczego?

- Bo zatrzymuje w rozwoju, bo nie pozwala na przekraczanie granic, za którymi jest samodzielność i dojrzałość. Bo przetrzymuje grupy, społeczności dorastających w inkubatorze, gdzie za poczucie wspólnoty i bezpieczeństwo płaci się wspólną nienawiścią, gdzie powstają nieodwracalne nawyki posiadania wroga i gdzie hoduje się negatywny cel życia - pragnienie prześladowania owego wroga. Taki zbiorowy nawyk po pewnym czasie staje się nieuleczalnym kalectwem. Jak nie leczony nowotwór zapanowuje nad całym "ja", pozbawiając je możliwości twórczego ruchu, bo trzyma jednostkę w stadku zbiorowej psychiki. Jednym słowem -jest to hodowla ludzi nieodwracalnie niedojrzałych, jakby jakiejś rzeszy "robotnic" w pszczelej społeczności, których rozwój zostaje zatrzymany na stopniu "wystarczającej przydatności".

Czy należy w ogóle tworzyć kanon książek obowiązkowych, które każdy młody człowiek powinien poznać na pewnym etapie swojego rozwoju?

- Lektury mogą być dla dużej rzeszy młodych, rozwijających się ludzi pomostem do samodzielnego czytania i myślenia. Ich los jest w dużej mierze w rękach nauczycieli. Dobry polonista nie bazuje wyłącznie na kanonie lektur szkolnych, ma własne fascynacje, którymi próbuje zarażać dzieci. Nie wszędzie mamy jednak szczęście do dobrych polonistów, którzy mogą pomóc w literackiej inicjacji. Z drugiej strony kanon lektur szkolnych jest pewnego rodzaju dialogiem szkoły z młodym pokoleniem. To jest wizytówka i filozofia, jaką się proponuje młodemu człowiekowi. I dlatego nie jest obojętne, co się w nim znajduje. Nie możemy sobie pozwolić, żeby ten kanon był wsteczny i pobudzał młode pokolenie do regresu.

Czy nie jest jednak tak, że książki zabronione albo wyrzucone z oficjalnego kanonu czyta się z większym zrozumienie i ochotą niż książki nakazane?

- Książki zabronione czyta niewielki procent czytelników. Lektury obowiązkowe poznaje znacznie więcej ludzi, choć rzeczywiście nie zawsze je głęboko przeżywa. Wiemy, że lektura obowiązkowa to nie wszystko, że nie jest w żadnym wypadku jakimś panaceum na kształtowanie społeczeństwa. Ale wydaje mi się, że bez tego nie możemy się obejść. Dzieci wyrastają przecież z bardzo różnych środowisk, bardzo często kanon lektur obowiązkowych jest jedynym inicjacyjnym punktem w ich życiu.

Dlaczego elementem tego kanonu miałby być Witkacy, który jest autorem niszowym, awangardowym?

-To są pisarze przewartościowujący, anarchizujący, to znaczy tacy, którzy mogą ludzi kształcących się poprowadzić gdzieś dalej. Wzbudzić w nich autonomiczną refleksję, zachęcić do samodzielnego szukania w nieoczywistych rejonach. Jednym słowem są to nasi inicjatorzy. Ich książki są pomostem nie tylko do sztuki, ale do niekonwencjonalnego myślenia.

Gdyby miał Pan wpływ na tworzenie kanonu lektur obowiązkowych, jakie żelazne pozycje by się tam znalazły?

-Należałoby się najpierw zastanowić, co to jest w ogóle kanon, jaką ma funkcję, jakim jest narzędziem, co stanowi o jego wartości. Trzeba zacząć nie od tytułów, ale od kryteriów.

Pojawiły się wśród intelektualistów głosy, że kanon lektur powinien być poza dyskusją, że to poniżej godności udowadniać rządzącym potrzebę czytania "Fausta" czy "Ferdydurke".

-Tyle że duchowe elity przegrywały już nieraz przez nie tykanie spraw stojących "poniżej wszelkiej dyskusji". Jeśli dopuszczamy, żeby urzędy odpowiedzialne za rozwój naszej społeczności, naszych mechanizmów duchowych pełnili ludzie nie dorastający do problemu i przez to skazani na popełnianie nieodwracalnych błędów -to mamy to, na co zasługujemy. Wybór ministra edukacji to decyzja świadcząca o dojrzałości rządu. Jeśli taka decyzja jest niedojrzała, to rozpoczyna się reakcja lawinowa. A rząd rozpoczynający taką reakcję lawinową staje się zakładnikiem rozwijającej się choroby, rosnącej już niezależnie od czyjegokolwiek błędu. Demokracja powinna mieć narzędzia na taki pojawiający się błąd lawinowy.

Takim narzędziem są wybory.

-To nie jest tak, że doczekamy do następnych wyborów i wszystko zostanie sprostowane. Mamy do czynienia z psuciem się mentalnym społeczeństwa, a takie psucie się społeczeństwa owocuje nieobliczalnymi konsekwencjami. Dzieje się coś niedobrego -rządzący już weszli w hazard destrukcyjnej walki politycznej i cynicznie bagatelizują ostrzeżenia. A lekceważenie intuicji ludzi obdarzonych wyobraźnią może się skończyć nieodwracalną duchową destabilizacją społeczeństwa. 

Gazeta Wyborcza  nr 129, s. 17

                                                                                                                                                 4-06-2007

BÓG W TEATRZE, FAUST W ŚWIĄTYNI - Więź nr 5/2007

W najnowszym numerze miesięcznika Więź: Nie przegonicie Boga ze sceny! - manifest teologii teatru, o Bogu w teatrze mówią Augustynowicz, Demirski, Fiedor, Klata, Lupa, Słobodzianek, Tomaszuk, Wycichowska, Zadara.

Krystian Lupa

Rytualne przemienienie

"Czy kwestia wiary jest ważna dla Pana jako twórcy?

Pytanie, o jaka wiarę tu chodzi. Jeśli o tę, która jest warunkiem przynależności do takiego czy innego kościoła - to nie. Raczej coś innego: Teatr jest rejonem, w którym mogą doznać poszerzenia takie pojęcia jak wiara czy Bóg... Teatr w swoim najgłębszym sensie jest rytualna ofiara człowieka albo seansem penetracji jego człowieczeństwa - a przecież zarówno Bóg, jak i wiara - jako energia, stan ducha pozwalający człowiekowi przeróść siebie - staje się centralnym motywem. Bóg jest rdzeniem człowieka - nawet tego "niewierzącego", wiara jest głębokim duchowym aktem, nawet wówczas, kiedy objawia się jako kryzys albo odrzucenie. Wiar5a w kontekście bóstwa jest czymś niezbywalnym, archetypowym - jej dramat toczy się często obok albo pod ludzką indywidualna świadomością. Teatr jest miejscem ujawnienia rytualnego przemienienia tego wszystkiego - ukrytego...

Czy teatr jest sposobem poznawania/ukazywania Boga?

I znowu nie chodzi tu o ilustrację religijną. Jeśli teatr staje się aktem katartycznym, to Bóg - wyłania się z samej istoty przeżycia. Według prostej zasady sprzężenia zwrotnego - postać bóstwa (obecność bóstwa) stwarza przeżycie religijne, przeżycie religijne (czy quasi-religijne) ucieleśnia obecność bóstwa. I nie musi to być ten oficjalny, dozwolony Bóg - to raczej bóg pierwotny, to przeczucie, które skłaniało i zawsze będzie skłaniało człowieka - do nowego znalezienia czy wręcz kreowania boga.

A może teatr z samej swojej natury jest teologalny?

Tak, tak, tak... właśnie, właśnie...

Czy teatr ma prawo bluźnić?

Tak, bo bluźnierstwo odmładza Boga, bluźnierstwo przenosi człowieka i boga na nowo w rejony bolesne, straszliwe, twórcze... wrażliwe jednym słowem...

Dlaczego?

I jeszcze... bo bluźnierstwo drzemie w człowieku, w jego niespełnieniu i w jego twórczym marzeniu. Sam akt twórczy bywa czasem bluźnierczy."

Więź nr 5 (583), s. 40-41

                                                                                                                                                                                                        29-05-2007

FABRYKA - Kraków 2007/ NOC MUZEÓW

Wystawa wokół spektaklu FABRYKA Krystiana Lupy inspirowanego życiem i twórczością Andy’ego Warhola. 

18, 19 maja 2007, godz. 18.00 – 1.00/ Krakowska i Europejska Noc Muzeów 9 czerwca 2007, godz. 18.00 – 1.00/ Noc Teatrów

Wystawa Fabryka – Stary Teatr 2007 – to prezentacja kontekstów dramaturgicznych powstałych wokół spektaklu Krystiana Lupy inspirowanego życiem i twórczością Andy’ego Warhola.

Praca nad spektaklem koncentruje się na fenomenie Fabryki – pierwszej pracowni Warhola mieszczącej się na 47th Street w Nowym Jorku, której wyjątkowy charakter stworzyli ludzie skupieni wokół Warhola – „niebieskie ptaki” – jak określa ich Lupa.

Rozmowy i wspólne poszukiwania twórcze zespołu skupiają się głównie na kondycji improwizacyjnej w człowieku, jej naturalnych źródłach, które Warhol wykorzystał w swoich eksperymentach filmowych. Drugi ważny kierunek w pracy nad Fabryką to „tworzenie filmu, którego nie zrobił Andy Warhol” – jako metafora pewnego procesu uruchamianego przez Lupę i jego aktorów, której stałym partnerem jest filmująca kamera.

Konteksty tej pracy to przede wszystkim filmy wspólnie oglądane, zdjęcia, teksty pisane przez Lupę, nagrania z prób i rozmowy, a także przedmioty – skojarzenia, które tworzą przestrzeń krakowskiej Fabryki.

Autorzy wystawy: Iga Gańczarczyk, Magda Stojowska Realizacja filmów: Łukasz Banach

                                                                                                                                                                                                        16-05-2007

CO PO ŚMIERCI BOGA

Zapis spotkania filozofa Krzysztofa Michalskiego i reżysera Krystiana Lupy, zorganizowanego 27 kwietnia w gmachu krakowskiej PWST w ramach cyklu "Dorwać mistrza" pod auspicjami "Znaku". Tematem spotkania była refleksja nad żywotnością myśli Nietzschego.

Gazeta Wyborcza  nr 110/2007, s. 21-22

 ZARATUSTRA  w teatrze ODÉON w Paryżu.

Spektakl ZARATUSTRA według To rzekł Zaratustra Friedricha Nietzschego i Nietzsche. Trylogia  Einara Schleefa, w reżyserii Krystiana Lupy, gościł będzie w paryskim Odéonie - zespół Starego Teatru zagra aż dziewięć razy, w dniach - od 18 do 27 stycznia 2007.

20 stycznia, o godz. 15.00, z tej okazji, odbędzie się w Odéonie impreza towarzysząca: "Correspondances d'artistes" - teksty Marii Mailat et Pierre'a Péju, napisane w "korespondencji z Zaratustrą", przeczytają Carole Bergen i Valérie Delbore. Następnie odbędzie sie spotkanie z autorami czytanych tekstów oraz z Krystianem Lupą, prowadzone przez Sylvie Gouttebaron, dyrektorkę Maison des Écrivains.

 

18-01-2007

Wznowienie ZARATUSTRY według Nietzschego i Schleefa w reż. K. Lupy.

Po niemal rocznej przerwie, spektakl "Zaratustra" według To rzekł Zaratustra Friedricha Nietzschego i Nietzsche. Trylogia Einara Schleefa w reżyserii Krystiana Lupy zostaje wznowiony. Pierwsze spektakle - 24, 25 i 26 listopada, o godz. 18.00 na Scenie Kameralnej Starego Teatru w Krakowie. Po raz pierwszy w roli I Zaratustry wystąpi Sebastian Pawlak.

                                                                                                                                                                                                                27-11-2006

_________________________________________________________________________________________________________________

 

Rozmowa z Andrzejem Hudziakiem

 

"Miałem nawet karaluchy - Musiałem dźwigać 80 kilo żywej wagi Krystiana Lupy" - między innymi o pracy nad "Kalkwerkiem" i "Maltem", o relacjach K. Lupy z ojcem, o zmianach...

 

Duży Format  nr 47/708, 27 listopada 2006, s. 16-17

                                                                                                                                                                                                                         27-11-2006

_____________________________________________________________________________________________________

 

Nowy numer Didaskaliów - teksty poświęcone premierze Na szczytach panuje cisza

 

"Stieglitz czyli porządek świata" - Waldemar Wasztyl

 

"Baucis i Filemon" - Dorota Jarząbek

 

"Po premierze" - Olga Katafiasz

 

Didaskalia  nr 75, październik 2006, s. 2-7 

                                                                                                                                                                                                                27-11-2006

_________________________________________________________________________________________________________________

 

 

 

 

05-11-2006

_________________________________________________________________________________________________________________

 

"Rodzeństwo" T. Bernharda w reż. K. Lupy gościć będzie w hiszpańskich teatrach: Teatro Maria Guerrero w Madrycie (w dniach 3 do 7 listopada) oraz w Teatre del Salt w Gironie, (w dniach 8 do 12 listopada) w ramach festiwalu Temporada Alta.

01-11-2006

________________________________________________________________________________________________________________

 

Na szczytach panuje cisza - Krystian Lupa w Dramatycznym

Głosy po premierze

"Nowy spektakl Krystiana Lupy porusza problem kreacji twórcy i samonapędzającej się machiny, jaką jest przemysł artystyczny. "Na szczytach panuje cisza" to sztuka świetnie wpisująca się w naszą współczesność. Widz doskonale wie, co się święci. Postaci od początku posługują się pustymi frazesami i trywialnymi zdaniami w stylu "Zagłada Żydów była wielkim błędem". Mimo to poddaje się napięciu, czuje je, czeka na potwierdzenie swoich przypuszczeń (...)

Na nowego Lupę iść warto. Zwłaszcza dla przewrotnego, nasączonego piękną ironią pierwszego aktu i sceny finałowej, w której wszyscy dają się podpuścić."

Tygodnik Solidarność  nr 42/06 

01-11-2006

*****************************************************************************************************************

"Powrót po kilku latach do sprawdzonego autora mógł się wydawać rozwiązaniem bezpiecznym. Jest przeciwnie. Reżyser w "Na szczytach..." przeprowadza rozmowę ze swoimi poprzednimi spektaklami. Weryfikuje, pogłębia i doprowadza "dialog z Bernhardem" do ostatniego słowa. Robi to w formie spektaklu zwartego, kameralnego. "Zaratustra" przypominał poemat. "Na szczytach..." można nazwać sonetem (...)
Wspaniały spektakl."

Tygodnik Powszechny  nr 41/2006

Więcej recenzji pod adresem  http://www.teatry.art.pl/!recenzje/naspc_lup/index.htm

01-11-2006


___________________________________________________________________________________________________________________

 

Krystian Lupa o miłości i o sobie:                     

 

Ekstrawagant - rozmowa z reżyserem Krystianem Lupą

 

Polityka  nr 37/2006

 

 Miłość pod lupą - z reżyserem rozmawia Tomasz Kwaśniewski   

 

Wysokie Obcasy  nr 34/2006

01-11-2006

 ___________________________________________________________________________________________________________________

 

Dorota Szwarcman :

    "Operowy debiut Krystiana Lupy w Wiedniu nie powiódł się. Publiczność buczała, recenzje prasy austriackiej były nader krytyczne ; tytuł w gazecie Kurier brzmiał nawet : "Tak nie powinno się tego robić w Wiedniu". Ale rzecz nie w tym, że spektakl był zbyt nowatorski - przeciwnie, bynajmniej nie był. Najbardziej raziły widoczne szwy i dziury, wynikające z niedoświadczenia reżysera w kontaktach ze specyficznym medium, jakim jest opera" 

 

Polityka  nr 21/2006, s. 71-73

______________________________________________________________________________________________________________________________________

 

Krystian Lupa reżyseruje operę!

 

Wiener Festwochen 2006 : Die Zauberfloete (Czarodziejski flet) Wolfgang Amadeusz Mozart. Reżyseria, scenografia i światło : Krystian Lupa. Premiera w Theater an der Wien - 13 maja

 

_________________________________________________________________________________________________________________

 

Krystian Lupa znów w Teatrze Dramatycznym

 

Krystian Lupa powraca do Warszawy - w Teatrze Dramatycznym rozpoczął próby sztuki Thomasa Bernharda Na szczytach panuje cisza

Opracowanie tekstu, reżyseria i scenografia : Krystian Lupa, muzyka : Paweł Szymański, kostiumy : Piotr Skiba

Występują : Maja Komorowska, Władysław Kowalski, Piotr Skiba i inni

Premiera planowana na czerwiec 2006

 

________________________________________________________________________________________________________________________________

 

Didaskalia  nr 71,  luty 2006, s.13-14

 

Krystian Lupa "Postać rytualna w teatrze Kantora"

 

(...) Aktor Kantora postawiony był, podobnie jak we śnie, w sytuacji niebezpiecznej - wobec Minotaura. To Kantor był tym Minotaurem... Aktor wchodził w sytuację senną, w której musiał niejako ratować swoje życie - spełnić do końca wstydliwy, upokarzający taniec wymyślony dla niego przez potwora. W tym stanie człowiek rytualny, ten pokątny - ten utajony - wydobywał się sam, niejako wbrew woli aktora (...)

________________________________________________________________________________________________________________________________

 

Tygodnik Powszechny  nr 10, 5 marca 2006-03-11

 

Krystian Lupa „Sztuka i władza”

 O sytuacji dialogu artysty i polityka w dzisiejszej Polsce (fragmenty):

 

Paradoks: mechanizm rewanżu staje się mechanizmem lustra. Partia pozornie prawicowa i deklarująca zerwanie z przeszłością komunistyczną wydaje się i strukturalnie, i mentalnie odbiciem (sobowtórem) dobrze znanych z epoki komunizmu mechanizmów władzy. I władzy jako głównego, zamkniętego w sobie celu – wyemancypowanego z innych, szerszych, społecznych i humanistycznych celów...

Mówiąc dosadnie: partia PiS – pozornie skrajnie różniąca się ideologicznie od kiedyś nam panującej PZPR – staje się do niej podobna w podejściu do władzy i dialogu z odmiennymi perspektywami i dążeniami. Ten sposób podejścia do władzy i windowanie znaczenia władzy jako takiej, władzy dla władzy, właściwie spycha na margines idee, społeczne perspektywy, a w tych społecznych perspektywach widzenie człowieka z jego potrzebami, możliwościami, wreszcie z jego przestrzenią wolności i pojętym głębiej celem. Wszelki dyskurs poza centralnym motywem władzy staje się mniej lub więcej pozorny, a co za tym idzie – niepożądany...

 

http://tygodnik.onet.pl/1547,1315322,1,411581,dzial.html

 

 

Gazeta Wyborcza - 6 stycznia 2006

„Kantor żywy” – wspomnienie w 15. rocznicę śmierci artysty (Luk Perceval i Krystian Lupa). Zapis wystąpień podczas spotkania kończącego sympozjum „Kantor, Niemcy i Szwajcaria”, jakie odbyło się w dniach 8-11 grudnia 2005 roku.

 

Krystian Lupa „Dzieło nieprawdopodobne, niesamowite” (fragmenty) :

 

Gdy studiowałem na ASP, Kantor był legendarną postacią w środowisku, wielu zazdrośników nazywało go kolporterem zachodnich nowinek (...). Później, gdy studiowałem reżyserię w krakowskiej PWST, Jerzy Krasowski zaangażował Kantora. Byliśmy trochę zazdrośni, ponieważ przypadł mu pierwszy rok, a my byliśmy na drugim. Ale niedługo byliśmy zazdrośni, bo na pierwszych zajęciach Kantor wszedł w konflikt z jednym ze studentów, trzasnął drzwiami i poszedł sobie. (...)

Chodziłem namiętnie na Umarłą klasę jak do wodopoju, nie mogłem żyć bez tego przedstawienia. Później patrzyłem, jak zmienia się obsada, moim zdaniem na gorsze. Nie byłem w stanie zaakceptować zmiany w czymś, co zostało uświęcone tak wielkim przeżyciem. Byłem przez wiele lat zniewolony wyobraźnią Kantora. Miałem wrażenie, że jako artysta jestem oszustem, bo podszywam się pod nie swoje życie i pod nie swoja wyobraźnię. Aż się dziwiłem, że nikt tego nie zauważa i nie wytyka, jak to się zdarzało innym reżyserom. Jakoś to uszło mi na sucho. Teraz rozumiem, że młody człowiek musi zacząć swoja twórczość od innych dzieł, innych artystów, żeby później dojść do własnej wyobraźni. Być może nie mamy bezpośredniego dostępu do własnej wyobraźni, musimy ten dostęp niejako wypożyczać od innych artystów i dopiero przez to do własnej wyobraźni dotrzeć. Może na tym właśnie polega ta nasza generacyjna sztafeta.  

 

 


 

 

26.11.2005-01.01.2006 „Krystian Lupa debiutuje w Bostońskim Teatrze” – artykuł dotyczący amerykańskiej premiery Trzech sióstr Czechowa, przedstawienia przygotowanego we współpracy z American Repertory Theatre.

http://www.pl.polishednews.com/lupa.html

 

http://www.amrep.org/sisters/  - strona American Repertory Theatre

 

http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/wy_in_lupa_trzy_siostry_cambridge_usa

 

http://www.pl.polishednews.com/aktorzy.html  - Aktorzy i publiczność o sztuce Three Sisters

 

http://www.teatry.art.pl/portrety/lupa_k/sobiew.htm  - „Sobie winne. Krystian Lupa reżyseruje Czechowa w Bostonie” Tygodnik Powszechny

 

 

Czerwiec – sierpień 2005 Didaskalia nr 67/68

Zaratustra – premiera Krystiana Lupy

 

Agnieszka  Fryz-Więcek / Rzucony kamień, recenzja, s. 25-28

Krzysztof  Zajas  Nadczłowiek w teatrze, recenzja, s.28-30

Thomas Irme  (tłumaczenie : Krzysztof Zajas)  Upadły orzeł. O trylogii Einara Schleefa „Nietzsche”, s. 31-32

 

 


Biografia    Spektakle    Obsady    Bibliografia

    Repertuar    Linki    Kontakt